OOTD: Sunset light

"Na głowie kwietny ma wianek W ręku zielony badylek A przed nią bieży baranek A nad nią lata motylek". Tą piosenkę, a właściwie tylko refren (bo tylko refren pamiętam), podśpiewywałam sobie przeglądając i wybierając zdjęcia do tego wpisu. 😅Wprawdzie wianka nie ma (bo nie umiem zapleść) i żaden motylek nie zechciał współpracować. Ale za to jest badylek w rękach i pod koniec odszukacie kudłatego "baranka". 😃 Zachód słońca tego dnia był tak piękny, że w ekspresowym tempie nałożyłam makijaż, wskoczyłam w kieckę i sandałki i pobiegłam (co by światło nie uciekło) na zdjęcia. No i wyciągnęłam jeszcze fotografa od książki, no ale chyba dla takiego klimatu zdjęć było warto.

Although I grew on a farm, such idyllic scenery seemed a bit strange for me. Well, I'm not used to walk around with bunch of flowers and I'd rather swap a dress for a pair of jeans and t-shirt. But, when I saw such a beautiful sunset, I thought yet another denim piece of clothing would be out of place. So I immediately put my make-up on, slipped into a simple striped dress, and dashed out to take some pics before the magic is gone. How do you like the results? 😊

blogerka Białystok
blogerka Białystok
blogerka Białystok
blogerka Białystok
blogerka Białystok
blogerka Białystok

Mgiełki z Bath & Body Works - zapachy na lato i nie tylko

Lato tego roku nie jest może szczególnie upalne, jednak nadal aura nie sprzyja ciężkim perfumom. Mieszanka letniego, parnego powietrza i duszącego zapachu może okazać się wybuchowa. Perfumy pokroju Black Orchid od Toma Forda muszą poczekać na chłodniejsze miesiące. Teraz natomiast warto rozważyć wypróbowanie mgiełek zapachowych. W zeszłym roku pierwszy raz, po wielu pozmyślaniach i starannej analizie możliwych strat i zysków (!) skusiłam się na przesławne mgiełki z Bath & Body Works. Po około 12 miesiącach stosowania chciałabym się z Wami podzielić opinią, czy warto je kupić. Ciekawi? Zapraszam do czytania. 😉

Bath & Body Works mgiełki, Sea Island Cotton, Honolulu Sun, White Citrus

Będąc w zeszłym roku pierwszy raz w firmowym sklepie B&BW w Złotych Tarasach spędziłam tam chyba z godzinę - przepadłam jak dziecko w sklepie z cukierkami. Mgiełek, balsamów i mydeł, żeli pod prysznic, świec zapachowych, i jeszcze innych produktów, których nawet nie pamiętam było tyle, że mnogość wyboru okazała się wadą. 😜 Jedno opakowanie ładniejsze od drugiego. I jak tu wybrać jeden produkt?! Na początku chciałam kupić tylko jedną mgiełkę na próbę, ale promocja w której trzy można było dostać w cenie dwóch, spowodowała zmianę planów. Na początku rozsądek jeszcze próbował walczyć i przeliczać. Cyferki zaczęły latać po mojej głowie, trybki zaczęły zgrzytać, machina zaburczała i wypluła wynik (czyt. policzyłam w głowie), że kupując, jak sugeruje mi promocja, 3 zapachy w cenie dwóch zapłacę 60zł (mówię o mniejszych pojemnościach 88ml), a więc niewiele mniej niż za zapach kochanych perfum Eternity (w interencie już od 90zł) #biednystudenciak. A o tych już wiem, że mogę na nie liczyć, bo nie dość, że cudownie pachną, to jeszcze będą "działać" przez cały dzień. Z dotychczas stosowanymi mgiełkami bywało różnie. Jeden pachniały gorzej inne lepiej, ale zazwyczaj chwilę po "psik psik and psik psik again", po zapachu nie było ani śladu. No i jakbym miała płacić za piękny, ale okropnie nietrwały zapach mgiełki niemal tyle, co za porządne perfumy, to nie ukrywam, że byłabym nie w sosie po takiej transakcji. Co prawda w sieci słyszałam same zachwyty nad tymi produktami, no i ciekawość zwyciężyła. I powiem wam, że bardzo dobrze, bo mgiełki nie dość, że zdały egzamin trwałości, to jeszcze okazało się, że używałam ich nie tylko latem ale praktycznie cały rok. Wiadomo, nie będzie to zapach tak trwały jak perfumy, ale po 6-8 godzinach nadal jest wyczuwalny, a czasem takim wynikiem nawet perfumy nie mogą się pochwalić. Co więcej, plastikowa butelka, w przeciwieństwie do szklanego flakonika, jest dużo wygodniejsza, jeśli chcemy zapach zabrać do torebki, by w razie potrzeby w ciągu dnia go odświeżyć.

Tak jak już wspomniałam, skuszona promocją zdecydowałam się na trzy zapachy. Nad dwiema z nich: Sea Island Cotton i Honolulu Sun zbytnio się nie wahałam, bo spodobały mi się od razu. Sea Island Cotton okazał się najbardziej uniwersalny. Według opisu znajdziemy tu takie nuty jak: bawełna, biała frezja, białe piżmo. Dla mnie pachnie on po prostu czystością i świeżością, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Nie jest to bynajmniej zapach odświeżacza powietrza. Określenie elegancki to też trochę za dużo, ale jest on subtelny i delikatny i bardzo przyjemny. A w nawiązaniu do nazwy, która sugeruje, że wyczujemy tu bawełnę, to pachnie on trochę jak czyste pranie. Z czystym (nomen omen) sumieniem mogę go Wam polecić. Drugi ulubienic to Honolulu Sun i tutaj nazwa idealnie pasuje. Zapach jest tak radosny i rześki, że aż wprawia w dobry nastrój, przywołując na myśl słoneczne plaże z kokosowymi plamy. Zaś nuty zapachowe: świeży kokos, morska bryza (nie wiem jak producenci uzyskali taki zapach😁), skąpane w promieniach słońca (!) cytrusy i białe piżmo mówią same za siebie. Jest to idealny zapach na wakacje. Szkoda tylko, że teraz nie widzę go na stronie sklepu. Problem natomiast był przy wyborze trzeciego, "gratisowego" zapachu. Ostatecznie padło na cytrusową mgiełkę White Citrus. Kwaśne nuty cytryny, grejpfruta, mandarynki, złagodzone lilią wodną, frezją i piżmem w opisie brzmią fajnie. Głównie skusił mnie tutaj zapach grapefruita. W praktyce jednak zapach wypada trochę kiepsko - nie da się rozróżnić poszczególnych nut, a ja czuję tu tylko jeden zblendowany zapach. Lubię takie nuty, ale jako jeden ze składników, a nie w wersji solo i tej mgiełki używałam najrzadziej. Nie jest to natomiast brzydki zapach, cytrynowej świeżości produktów do czyszczenia łazienki tu nie uświadczycie. Jeśli kochacie cytrusy, to ten również może przypaść Wam do gustu. Jednak moim ulubieńcem on nie został. Również nie widzę go na polskiej stronie producenta i tego akurat już mniej żałuję. Dodam jeszcze, że wszystkie produkty stosowałam dosyć często przez cały rok i jeszcze się nie skończyły, więc są też wydajne. Jeśli więc traficie na zapach, który was urzeknie, śmiało możecie kupić sobie buteleczkę na próbę. Ze swoich doświadczeń wnioskuję, że nie pożałujecie. 😉

Ktoś z Was stosował mgiełki z Bath & Body Works? Jeśli tak, to z chęcią przeczytam, jakie zapachy polecacie, a które nie przypadły Wam do gustu. Do następnego! 😘

Zakupy w Rossmannie - opinie

Cześć! Jakiś czas temu przedstawiałam Wam swoją zakupową wishlistę na przeceny -49% w Rossmannie. Moje zakupy nie do końca pokrywają się z tym, co zaplanowałam, ale tak czy inaczej wszystkie już przetestowałam. Przez dwa miesiące zdążyłam już wyrobić sobie opinię o każdym z nich i dziś po krótce chciałam się tym z Wami podzielić. Jeśli jesteście ciekawi co było warte zakupu, a do których produktów więcej nie wrócę, zapraszam do czytania!

Natural Beauty Blusher 06 lovely, żel do brwi Wibo, Lash Extension Mascara lovely

  • Natural Beauty Blusher w odcieniu 06, Lovely
  • Po tym jak mój poprzedni róż z Catrice (Illuminating Blush w odcieniu 010 I am nuts about you) zakończył swój żywot wypadając mi z ręki i brudząc przy okazji pół pokoju, potrzebowałam czegoś nowego. Chciałam różu w naturalnym odcieniu, żeby pasował do każdego makijażu. Ten poleciła mi koleżanka, mówiąc, że będzie dokładnie tym, czego szukam. No i się nie myliła ! Na początku kręciłam trochę nosem, że jest za suchy i ma niezbyt solidne opakowanie. Jednak po zastanowieniu stwierdzałam, że przecież nie mam się czego czepiać. No hello, kupiłam go przecież za niecałe 5zł! Normalnie kosztuje ok. 10zł. No a jak na tą cenę to jest po prostu świetny. Pigmentacja nie jest za mocna, więc nie zrobimy sobie od razu matrioszki na buzi, a i blenduje się fajnie. Poza tym mój odcień (jak dla mnie) jest piękny - subtelny, zgaszony róż. Naprawdę super mi się sprawdza. Jeśli lubicie matowe róże, i szukacie uniwersalnego koloru, to zdecydowanie polecam ten produkt.

  • Lash Extension Mascara, Lovely
  • Słyszałm o tym tuszu do rzęs yt, a ponieważ lubię inną przesławną maskarę z Lovely (tak, Curling Pump Up mascara), to i tej chciałam dać szansę. Bardzo podoba mi się jej różowe opakowanie. Poza tym nieistotnym elementem, ten tusz ma sporo zalet, ale wszystkie nie są warte wspomnienia bo jedna wada dyskryminuje go całkowicie. Tusz w ciągu dnia niezawodnie się kruszy, za każdym razem zapewniając efekt pandy🐼. Na pewno więcej już go nie kupię.

  • Żel do brwi Eyebrow Stylist, Wibo
  • Jeśli chodzi o makijaż brwi, to w tej kwestii u mnie panuje zupełny minimalizm (a czasem nawet i brak makijażu). Moje brwi są ciemne i gęste (na aktualną modę jak znalazł), więc dużo zachodu z nimi nie ma. Chociaż może niewypełnione, nieidealne brwi nie są teraz na topie, to jednak z przyczyn wiecznego porannego pośpiechu, zazwyczaj stwierdzam, że przeczesanie ich żelem w zupełności mi wystarczy. Do tej pory dobrze służył mi ten z Golden Rose, ale chciałam wypróbować czegoś nowego i padło na produkt Wibo. Jestem z niego całkiem zadowolona, chociaż moje nieokiełznane włoski nieco lepiej w ryzach trzymał żel z GR. Ale Wibo też daje radę. Ma lekkie zabrwienie i delikatnie przyciemnia brwi. Ponadto, nie jest tak niebezpieczny, gdy niechcący zamiast włoska dotkniemy skóry - żel GR zostawiał trudniejsze do usunięci plamy na skórze. Za to dziwni mnie lekko błyszcząca poświata jaką zostawia żel z Wibo. Rozumiem, trend na rozświetloną skórę i te sprawy, ale to w końcu produkt do brwi. Na szczęście efekt nie jest zbyt widoczny. Jeszcze jedna rzecz, jego szczoteczka jest dość duża; mi to nie przeszkadza, bo szybko mogę przeczesać wszystkie włoski, no ale przez to traci na precyzji. Ponadto, jeszcze się nie skończył, ani nie wysechł, więc to kolejny plus. W regularnej cenie kupicie go za ok. 10zł.

    pomada z Wibo

  • Eyebrow Pomade w odcieniu dark brown, Wibo
  • Jak już wspomniałam, makijaż brwi często kończy się u mnie na przeczesaniu ich żelem. Czasem jednak potrzeba czegoś, co wypełni przestrzenie między włoskami i zapewni efekt idealnych brwi. Wtedy z pomocą przychodzi pomada. Chociaż wygodniejsze w użyciu są dla mnie kredki, to jednak często szybko się one kończą a taki słoiczek jest chyba nie do zużycia, o ile wcześniej nie zaschnie. Do tej pory nie zaschnął. Co do koloru, to jest to bardzo ciemny, chłodny brąz. Dla mnie idealny, ani kruczoczarny, ani za jasny. Konsystencja jest bardzo kremowa. Szczerze mówiąc to spodziewałam się czegoś bardziej zbitego. Nie jest to jednak wada, wydaje mi się, że trzeba się po porostu przyzwyczaić do tak miękkiego, kremowego produktu. Przez taką konsystencję, u mnie wygląda to w ten sposób, że kończę z całą upaćkaną na brązową ręką, bo nie chcę za dużo produktu nakładać od razu na brwi. Ale efekt jest bardzo ładny i naturalny. Produkt na pewno wart jest uwagi! W regularnej cenie kosztuje sporo jak na produkt z Wibo (23,99zł za 3,5g), jednak nadal jest to tańsza alternatywa chyba już kultowych pomad z Inglota (37zł/2g), czy MACa (79zł/3g)

    peeling do ust Evree

  • Peeling do ust Sugar Lips, Evree, pomarańcza
  • Peeling do ust to trochę taki kosmetyczny gadżet, bo ten kosmetyk spokojnie możemy zastąpić używając patyczków kosmetycznych, czy nawet szczoteczki do zębów do masażu ust. Natomiast peeling z Evree dodatkowo zapewnia dawkę nawilżenia. Pierwsze miejsce w składzie zajmuje cukier, który ma złuszczać martwy naskórek. Tuż za nim znajdziemy sporo dobroczynnych produktów: roślinną wazelinę, masło mango, lanolinę i olejek z awokado. Po zastosowaniu, usta są naprawdę miękkie i świetnie przygotowane pod pomadkę. Poza tym jest wydajny, bo nie trzeba go dużo. Zapach może nie jest najbardziej naturalny, niemniej jednak przyjemny. A jaskrawy, pomarańczowy kolor aż wprawia w dobry nastrój! 😁 Jedyna jego wada w moich oczach o to fakt, że nie da się go zlizać po zasotowaniu (tak jak np. peeling z Lusha), i wszystkie nawilżające składniki trzeba zmyć, albo zetrzeć. Dlatego zawsze po zastosowaniu peelingu staram się go pozostawić na chwilę, by usta były lepiej nawilżone. Z chęcią wypróbowałabym również wersję poziomkową, chociaż w kwestii składu nie różnią się one zbyt wiele.

    Juicy Color Lipstick nr 4

  • Juicy Color Lipstick, pomadka i balsam do ust 2w1 z masłem shea w odcieniu nr 4, Wibo
  • Kremowa konsystencja i intensywna pigmentacja pomadek to rzadkie połączenie. Stosując jednak ten produkt stwierdziłam, że nie jest to taki zły pomysł, by tych dwóch cech nie łączyć. Świetna pigmentacja wydaje się być zaletą, niestety jednak formuła pomadki sprawia, że nie pozostaje ona grzecznie jedynie tam gdzie została naniesiona, a wędruje sobie poza granice warg. Przy tak intensywnym kolorze nie czuję się w niej komfortowo, wiedząc, że co chwilę muszę sprawdzać, czy moja broda nie przybrała jaskraworóżowego odcienia. Jeśli natomiast nałożę jej cienką warstwę "wcierając" pomadkę w usta, wtedy komfort nawilżonych ust zostaje i bardzo ładnie prezentuje się to na ustach. Na promocji dałam za nią ok. 6zł, i tego koloru już więcej nie kupię. Zastanawiam się natomiast nad nudziakową siódemką, bo przyjemnie nosi się tą pomadkę na ustach.

    Chciałam jeszcze dodać, że nie są to pełne recenzje produktów, a tylko krótkie opinie. Jeśli jesteście zainteresowani obszerniejszą recenzją, swatchami, itp., to koniecznie dajcie znać, które produkty was interesują. Z przyjemnością przygotuję taki tekst. Jeśli miałyście któryś z produktów, to z chęcią poczytam(-y) o nich w Waszych komentarzach. Na dziś to tyle. Na razie! 😘

    Balsam do ust Nuxe Reve de Miel

    Cześć! Dziś recenzja przesławnego balsamu do ust Reve de Miel francuskiej firmy Nuxe. Naczytałam i nasłuchałam się o nim wieeeele pozytywnych opinii i jako posiadaczka irytująco wymagających ust, przeogromnie chciałam go przetestować. Zanim go jednak kupiłam, święty Mikołaj, który wiele razy słyszał, dlaczego muszę mieć ten balsam, uprzedził mnie i właśnie od Bożego Narodzenia testuję zawartość uroczego szklanego słoiczka. Czy warto było tyle do niego wzdychać i czy szum wokół tego kosmetyku jest uzasadniony? O tym będzie mowa w tym wpisie.

    Balsam do ust Nuxe blog

    Ale po kolei. W porządnym, szklanym słoiczku, który prezentuje się bardzo ładnie i elegancko, znajduję się 15g balsamu. Zawartość tego słoiczka przepięknie pachnie (zaczynam przecież od najważniejszych informacji😉) - lekko cytrusowo, a gęsta konsystencja, która nie rozpływa się do stanu ciekłego pod wpływem ciepła, zapewnia świetną aplikację i długie miesiące użytkowania. Ponadto, balsam daje bardzo ładne, satynowe wykończenie na ustach i nie świecimy się, jakbyśmy nasmarowały wargi olejem do smażenia. Dlatego super sprawdza się pod pomadki i w takim celu często go używam, nadkładając cienką warstwę i pozwalając mu przez chwilę zadziałać. W kwestii składu również jest super, bo zawiera co najmniej 78% składników pochodzenia naturalnego. Na pierwszym miejscu znajdziecie wosk pszczeli, a tuż za nim masło shea. Pozostałe wartościowe składniki, to olejki roślinne ze słonecznika, słodkich migdałów i róży piżmowej, nagietek, miód i esencja z grejpfruta. Po jego zastosowania usta są odżywione i nawilżone ALE jeśli macie je we względnie dobrym stanie. No i tu moje zachwyty się kończą, bo moje usta zazwyczaj we względnie dobrym stanie nie są.

    Zacznę może od tego, że moje usta są bardzo upierdliwe w pielęgnacji. Twarda skorupa suchej skóry, i wiele "zmarszczek?" (wiecie, milion linii na ustach, w których może zbierać się pomadka) to u mnie norma nie tylko zimą. No a zimą to dopiero się zaczyna hardcore, bo brak nawilżenia = krew i łzy (w ogóle nie mam tendencji do dramatyzowania!). No i chociaż mój ukochany Cramex pozwala mi utrzymać usta w dobrej kondycji, to chęć spróbowania czegoś nowego kusiła mnie właśnie w stronę tego hitu Internetu. Dlatego że był na niego taki hype, moje oczekiwania również były wielkie. A że dostałam go właśnie zimą, to możliwość gruntownego przetestowania jeszcze bardziej mnie ucieszyła (a zima była zimna tego roku!).

    Niestety w warunkach zimowych nie do końca się u mnie sprawdził, bo okazał się za słaby. Starałam się więc go oszczędzać i zostawić na bardziej łaskawe dla ust miesiące. Wiosną było już lepiej, ale nadal nie był to efekt, którego oczekiwałam. Jeśli twarda skorupka na ustach to wasz odwieczny kompan, a wasze usta wymagają od was byście uzależnili się od balsamów, to z tym może się polubicie, ale raczej nie będzie on waszym hitem wszech czasów. Spodziewałam się, że efekt delikatnych , miękkich i doskonale nawilżonych ust nastąpi zaraz po aplikacji, jednak tak się nie dzieje. Na taki efekt trzeba trochę poczekać, jednak nadal jest on niezwykły, a raczej tylko porządny. Co prawda, jeśli wcześniej zrobię peeling i pozbędę się suchej warstwy skóry, wtedy usta wyglądają na naprawdę odżywione i zadbane. Jednak takich rezultatów spodziewałam się, nie musząc stosować wcześniej żadnych innych zabiegów.

    Balsam do ust Nuxe blog

    Nie chcę żebyście mnie źle zrozumieli, to naprawdę bardzo fajny balsam, który zapewnia porządne odżywienie i nawilżenie. Pozostałe jego zalety to na pewno: świetny skład, ładny, satynowy efekt na ustach, porządne, eleganckie opakowanie i piękny zapach. Jest też bardzo wydajny - stosuję go już ponad sześć miesięcy, zazwyczaj więcej niż raz dziennie, i zostało mi go mniej niż połowa w słoiczku. Dodać muszę jeszcze, że uzyskacie dzięki niemu odżywienie i efekt bardzo ładnych, zadbanych, zdrowych warg, o ile wasze usta nie są niezwykle wymagające. Moje natomiast potrzebują czegoś intensywniejszego. Bardzo lubię go stosować, ale nie jest o mój ideał.

    A czy ktoś z was stosował ten balsam? Jak się u was sprawdził? Czekam na wasze komentarze! Jak zwykle przypominam również o istnieniu konta bloga na Facebooku i Instagramie – śledząc te dwa kanały, będziecie zawsze na bieżąco z nowymi postami!😃 To tyle na dzisiaj, do następnego postu! 🙋

    Balsam do ust Nuxe blog

    OOTD: Little colorful dress

    Chociaż ta stylizacja nie zakrawa jeszcze o szalony styl Anny Dello Russo, jednak dla mnie to już dużo się tu dzieje. Na tyle dużo, że przed wyjściem dziewczyny kilkukrotnie przekonywały mnie, że „nie, nie przesadzam z ilością barw”, jednocześnie pilnując, bym nie zmieniła sukienki na jeansy i biały t-shirt.

    sukienka a la Saint Laurent

    Czemu więc ta sukienka znalazła się w mojej szafie? Jasne, że mi się spodobała, ale mój zachwyt nad nią na pewno podsycony był uczuciem do twórczości pewnego projektanta. Przypomina mi ona kultowe projekty Saint Laurent z kolekcji Mondrian. Pewnie większość z was kojarzy kolekcję prostych, koktajlowych sukienek w geometryczne wzory. Inspirowane były one twórczością artystów modernistycznych, takich ja Poliakoff, Malevich, czy Mondrian. Jedna z nich znalazła się nawet na okładce Vogue'a. Moja sukienka (z outletu 😎), podobnie do kultowego projektu Saint Laurent, w formie jest bardzo prosta. Na tyle prosta, że musiałam dodać pasek, żeby talia była widoczna i proporcje sylwetki zachowane. Oprócz surowego kroju, urzekł mnie również kolorowy deseń (tak, wiem zaprzeczam sama sobie), który moim zdaniem również nawiązuje do klasycznego modelu. Ok, może nie są to kwadraty i linie, jednak pozostajemy w stylistyce graficznych wzorów, a na dodatek w podobnej kolorystyce. Powiedzcie mi, że nie tylko ja widzę podobieństwo! 😁 Na szczęście w kwestii ceny podobieństwa między dwoma modelami nie było!

    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent
    ceglaste BALERINKI NA OBCASIE ZARA
    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent
    sukienka a la Saint Laurent

    Jak miło że dotarliście aż do końca. 😁 Aby być zawsze na bieżąco, zapraszam do śledzenia mojego konta na Instagramie i Facebooku. Do zobaczenia!

    Powered by Blogger.
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...