Top Social

OOTD: Spring blossom (beżowy sweter, czarne dżinsy i Conversy)

4/22/2018

Kiedy jeżdżąc po mieście co chwila dostrzegasz miejsca odpowiednie na robienie zdjęć, to wiedz, że coś się dzieje! Ta alejka z kwitnącymi na różowo drzewami nie mogła nie przykuć mojej uwagi. No i cały tydzień za każdym razem, gdy mijałam te miejsce wykręcałam głowę, żeby upewnić się, że nagle wszystkie różowe płatki z dnia na dzień nie postanowiły opaść i pozbawić mnie szansy na piękne tło do "sesji". Całe szczęście żadna ze spiskowych teorii dziejów się nie sprawdziła, płatki grzecznie zaczekały na mnie i dzisiaj szczęśliwie róż zalał ten blog. Ja nie mogłabym być szczęśliwsza! Co zresztą chyba widać na załączonych obrazkach. :)

Beżowy sweter: Pull and Bear | torebka: Reserved (podobna różowa tutaj) | czarne dżinsy: Zara | Okulary: H&M | trampki: Conversy

#OOTD: Spring blossom (beżowy sweter, czarne dżinsy i Conversy)

INSTAGRAM | FACEBOOK | PINTEREST

Zdrowe nawyki które zostały ze mną po poście Daniela (diecie dr Dąbrowskiej)

4/17/2018

Jeśli śledzicie mnie na Instagramie (@onecellardoor), to może wiecie, że jakiś czas temu przeszłam trzytygodniowy post Daniela (pisałam o tym o tutaj). Zastawiałam się, czy jakikolwiek wpis o poście robić, bo nijak nie jest to związane z tematyką tej strony. Poza tym, jakoś nie wydaje mi się, żeby ktoś z moich Czytelników byłby zainteresowany gigantycznym wpisem dotyczącym celowości tej diety (vel półgłodówki), dywagacjami, czy to aby zdrowe i bezpieczne, dokładnymi regułami, no i czemu zdecydowałam się na posta Daniela lub ogólnie na co to komu. Chyba, że się mylę, to oświećcie mnie w komentarzach - jestem otwarta na propozycje. 😉 Za to wpis ze zdrowymi nawykami, które zostały ze mną po poście Daniela i które może wprowadzić każdy i to w bardzo prosty sposób to już inna bajka.


Pokrótce, posta Daniela, opierający się na takich samych zasadach jak dieta dr Ewy Dąbrowskiej (tutaj szczegółowe zalecenia), polega gównie na jedzeniu wybranych warzyw i owoców. Co do warzyw to dowolność jest bardzo duża (odpadają tylko rośliny strączkowe i ziemniaki), za to gorzej jest w przypadku owoców. W tej grupie zostają tylko jabłka, grejpfruty i cytryny (ewentualnie inne o niskim indeksie glikemicznym, ale tylko w ilościach dekoracyjnych). W kwestii dozwolonych napojów też nie jest tak różowo, bo odpada kawa (tak, to nie jest żart 😭), herbata, wszelkie napoje słodzone, czy gazowane, a zostają nam tylko oczywiście woda, herbatki ziołowe, soki i kompoty z dozwolonych warzyw i owoców. I to z grubsza tyle w kwestii reguł - nie są one bardzo skomplikowane, gorzej jest oczywiście z wcieleniem ich w życie.

Piszę pokrótce o tych zasadach, żeby przybliżyć Wam skąd w ogóle ta zależność między postem, a aktualnym podejściem do żywienia. Dzięki tej głodówce moje podejście do diety i zdrowia zmieniło się diametralnie. I o dziwo, z totalnego dietetycznego ignoranta zamieniłam się w kogoś kto uwielbia przygotowywać i jeść śniadania, darzy wielkim i ciepłym (aczkolwiek dziwnym) uczuciem swoją głęboką patelnię, a w swoim różowym notesiku gromadzi bazę healthy wiedzy - od informacji o zawartości wapnia w pokrzywie po przepisy na ciasta bądź pasztety z fasoli.

Na zmianę mojego podejścia do diety w trakcie postu miało kilka czynników. Po pierwsze, prawda jest taka, że podczas tego postu myśli się głównie o jedzeniu. W trakcie tych trzech tygodni obejrzałam milion foodboków na yt, przeczytałam dwa miliony przepisów i wchłonęłam pewnie z dziesięć milionów artykułów i filmów dotyczących zdrowego żywienia i zbilansowanej diety. Poza tym, na przełomie pierwszego i drugiego tygodnia postu, pomijając nieustanną chęć zjedzenia czegoś normalnego, zaczęłam czuć się świetnie. Miałam dobry nastrój i rozpierała mnie energia. Naprawę, poziom energii mogłabym spokojnie porównać to tego, który reprezentują wiecznie biegające i wrzeszczące dzieciaki z przedszkola na przeciwko mojego mieszkania. Bez problemu wstawałam wcześniej, żeby zjeść śniadanie i przygotować sobie jedzenie na wynos, zapomniałam o popołudniowych spadkach energii i drzemkach. No prze-genialne jest to uczucie! I było to dla mnie niezły szok, że do tej pory funkcjonowała tylko jako połowa swoich energetyczno-nastrojowych możliwości. Dopiero te bardzo łatwo zauważalne czynniki sprawiły, że realnie uświadomiłam sobie, jak duży wpływ na mnie i na moje samopoczucie ma dieta. Najśmieszniejsze jest to, że nie rozpoczęłam postu Daniela ani po to, żeby lepiej się czuć, ani żeby schudnąć, czy ozdrowieć. Żadnej ekscytacji, czy oczekiwań w tym względzie nie miałam i na żadne z takich skutków się nie nastawiałam (no dobra, te schudnięcie to całkiem miły i logiczny efekt uboczy, którego się spodziewałam). Ale zmian nie dało się nie zauważyć. No i po trzecie, mimo tej rozpierającej energii, były to ultraciężkie trzy tygodnie, więc po prostu nie chciałam zmarnować swojego wysiłku i spowrotem "zaśmiecić" swojego organizmu.

I tak, tuż po poście, jako nowo nawrócona do życia w przenajzdrowszej diecie na świecie, wyczerpywałam wszelkie znamiona health freak'a i to przez gigantyczne f. Domownicy nie narzekali (o ile nie robiłam na obiad tofu), bo większość posiłków robiłam ja z własnej nie przymuszonej woli i o dziwo z wielką przyjemnością. Jednak w miarę upływu czasu poziom mojego szaleństwa zaczął się stabilizować, na szczęście radość z gotowania (to brzmi jak tekst z poradnika dla gospodyń domowych) została, a moje podejście do żywienia zaczyna się normować. Dlatego teraz, po podan miesiącu od zakończenia postu, już całkiem na chłodno chciałam Wam przedstawić kilka nawyków, które po poście udało mi się zachować. I są to jedne z najprzyjemniejszych efektów tej trzytygodniowej półgłodówki. Co prawda nie wszytki nowości żywieniowe z czasu postu ze mną zostały, na przykład o makaronie z cukinią nie chcę nawet myśleć, ale jest też kilka nawyków, które są nadal bardzo ważne. Nie są to tylko przyzwyczajenia z czasu postu, ale też i z okresu wychodzenia z niego, kiedy to jadłospis nie jest też do końca "normalny", nadał trzeba pilnować tego co się je, ile się je, a w wielkim skrócie chuchać i dmuchać na swój żołądek, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Jeśli jesteście ciekawi, jakie zdrowe nawyki zostały ze mną po poście Daniela, to zapraszam do czytania.


Herbatki ziołowe i woda zamiast herbaty

Herbata nie jest zła, jednak ja miałam nawyk, żeby pić ją mniej więcej cały czas i traktować ją jako główne źródło nawodnienia. Nie jest to jednak najlepsza metoda, zwłaszcza jeśli pijecie herbatę do posiłków, a ja piłam ją prawie do każdego. Herbata (i kawa) zaburza proces wchłaniania żelaza, a te akurat miałam na odpowiednim poziomie tylko po wyłykaniu dawki przepisanych na receptę tabletek. Po jakimś czasie od terapii lekowej żelazo znowu spadało i tak w koło Macieju. Ok, niby wiedziałam wcześniej od lekarza, że "nie powinnam" pić herbaty, czy kawy do posiłków, ale nie znając przyczyny "sugestii", nie udało mi się zmienić tego nawyku. Dopiero w trakcie postu, kiedy to moim głównym hobby było zdobywanie wiedzy na temat zdrowego żywienia przeczytałam, że szklanka herbaty może zablokować wchłanianie całego żelaza dostępnego w posiłku, sugestia "nie powinnam", w mojej głowie zamieniła się na bardziej konkretne "nie mogę". Poza tym, w trakcie postu odzwyczaiłam się od picia herbaty, a jej miejsce zastąpił czystek, pokrzywa, mięta, lipa, melisa, rumianek i tego typu strasznie brzmiące herbatki ziołowe. Aż ciężko pomieścić to wszytko teraz w szafce. Staram się też wypijać codziennie 1,5 litra wody, chociaż z tym jeszcze tak dobrze mi nie idzie. Żeby jednak pić więcej, trzymam bidon z wodą (lubię do niej dodać plasterek cytryny, czy limonki) i wtedy odruchowo po nią sięgam.


Zielenina

O wartościach zieleniny nie mam co tu pisać, każdy wie, że jest ona po porostu zdrowa. Nie wchodząc w szczegóły, ma ona mnóstwo mnóstwo składników odżywczych (i naprawdę mało kalorii). Jedyne zalecenia dotyczące dziennej dawki "zielonych warzyw liściastych" jakie znalazłam (tak, opracowane są one przez dietetyka), odnosiły się do diety wegetariańskiej i wegańskiej, ale myślę, że ludzie na tych bardziej "standardowych" dietach też mogą się na nich wzorować. Otóż w zależności od wariantu diety i jej kaloryczność zalecane jest spożycie co najmniej jednej (no trochę ponad jednej) szklanki zieleniny na surowo. Takiego poziomu jeszcze nie osiągnęłam, a przynajmniej nie każdego dnia daje mi się tyle zjadać, ale codziennie staram się przynajmniej w jednym posiłku zieleninkę zawrzeć. Podczas zakupów spożywczych zawsze staram się dorzucić do koszyka szpinak, jarmuż, roszponkę, czy miks sałat. Te dwa pierwsze jakoś bez problemu udaje mi się przemycić do posiłków - można je dorzucić do porannej jajecznicy, koktajlu, albo pod koniec gotowania do zupy, czy spaghetti. Szpinak kładę też na kanapki jak sałatę. Możliwość jest mnóstwo, za to z sałatami mam jeszcze duży problem, bo po prostu mi nie smakują mi surowe, a do koktajli średnio się sprawdzają. Muszę chyba po porostu ogarnąć jakiś pożądany dressing.


Mniej białej mąki

Podczas postu Daniela produkty zbożowe nie są dozwolone, jednak te pełnoziarniste, bądź z mąki żytniej zaczęłam wprowadzać do diety podczas wychodzenia z postu. Były one polecane na ten właśnie etap i zostały ze mną aż do teraz. Zrobiłam też oczywiście research, i sprawdziłam, dlaczego akurat te są lepsze. Otóż biała nie tylko zawiera mniej błonnika, ale i "oczyszczona" jest wielu minerałów i witamin (tak, te składniki możecie znaleźć w chlebie!). I tak, teraz moje ukochane spaghetti robię najczęściej w wersji pełnoziarnistej (btw, mięso też zazwyczaj zamieniam na tofu - genialne źródło żelaza, czy nasiona konopi – źródła chyba wszystkiego co dobre). Tak samo w przypadku pieczywa, które jem przecież codziennie, zrezygnowałam w dużej mierze (ale nie zupełnie 😉) z białej mąki. A chleb to nawet piekę sama! Z użyciem mąki żytniej (pełnoziarnistej i chlebowej) ma się rozumieć. Nawet teraz w kuchni rosną mi dwa bocheneczki, które wieczorem wsadzę do piekarnika i zjem jutro na śniadanko. 😁 Wiem, to dla mnie też brzmi jak jakiś hard core, ale uwierzcie mi, że to absolutnie nic skomplikowanego. Wystarczy mąka, woda i sól, a na początek też trochę cierpliwości, żeby przygotować zakwas. Korzyści są oczywiste, bo wiem jakie składniki są w środku, mogę użyć też dowolnych dodatków (najczęściej używam żurawiny i pestek słonecznika), no i taki chleb jest świeży jest do tygodnia (dłużej nie testowałam). No i nie mogę też wspomnieć o cebulowym akcencie - z kilograma mąki za 2,5zł będą dwa pachnące zdrowiutkie bocheneczki. Mniam! Z doświadczenia tylko dodam, że i do pełnego ziarna trzeba się przyzwyczaić, więc za dużo produktów pełnoziarnistych na raz to też nie jest dobry pomysł. Powoli i stopniowo. 😉

Uff, to już koniec na dzisiaj. Takich nawyków mogłabym podać tutaj więcej, ale nie chcę Was już kompletnie zanudzić. Na zakończenie tylko dodam, że taki zdrowy sposób żywienia jest naprawdę uzależniający. Ciągle pracuję nad kolejnymi zdrowymi nawykami. Poznaję też mnóstwo nowych produktów, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Dla mnie to ogromna frajda i mam nadzieję, że ten etap fascynacji zdrową dietą długo mi nie przejdzie. Jeżeli jesteście zainteresowani postem z innymi zdrowymi nawykami, które wprowadziłam, albo nad którymi jeszcze pracuję to dajcie znać w komentarzach - szczerze powiedziawszy, to pomysłów na to, co jeszcze mogłabym dodać w takim w wpisie mam mnóstwo. A pisanie o tym to dla mnie prawdziwa przyjemność (bo dziwnie się tym ekscytuję). Ok, do następnego! 😘

Jeśli dzisiejszy wpis Ci się spodobał, to udostępnij go proszę na Facebooku. Będzie super, jeśli zostaniesz na dłużej, lajkując któryś z moich kanałów społecznościowych. 😊

INSTAGRAM | FACEBOOK | PINTEREST

OOTD: Odgrzewane kotlety

4/08/2018

Wieść gminna niesie, że jedną z najważniejszych życiowych rad, jaką Paris Hilton otrzymała od matki, było to, żeby każdy ciuch wkładać co najwyżej jeden raz. Brzmi jak mądrość rodem z prasy brukowej, ale chcąc nie chcąc w większości z nas włącza się czerwona lampeczka. No przyznać mi się tu, komu przez myśl nie przeszły komentarze w kaznodziejskim stylu "Toż to nie uchodzi!", bardziej troskliwe, „Co na to Matka Ziemia?!", albo różnorakie teksty znaczące mniej więcej tyle co swojskie januszowskie "Się w dupach z dobrobytu porzewracało!".

Jedwabna piżamowa koszula / shirt: Uterque (outlet) (fajne alternatywy, też z jedwabiu - Zara, Massimo Dutti)
dżinsy z wysokim stanem / high wasited jeans: Zara (podobne Stradivarius, H&M, Mango, Zara,Reserved)
pasek / belt: Calvin Klein
buty: Massimo Dutti (podobne Massimo Dutti)
torebka / shopper bag: Reserved (podobna tutaj)
okulary: H&M kupione na dziale męskim (chyba ten sam model tutaj)

I z poczuciem wyższści człowieka porządnego pomyślałam "Ja bym tak nie mogła". No nie, bo mnie na to nie stać. Noooooo, a potem jeszcze na swoje nieszczęście, przypomniałam sobie te moje wspaniałe zakupy, które, podobnie jak odzienia Paris, nie dostąpiły zaszczyty, by założyć je wielokrotnie. Pierwszy na myśl przychodzi mi bladoniebieski, krótki (przed pępek) top w gołębie, szczęśliwie upolowany na promocji. Sto punktów za krój i wzór! ✌ Miałam go na sobie raz. Na bal przebierańców (#truestory). W tej samej promocji upolowałam brata bliźniaka gołębiej koszulki, tylko że w paski - ten nawet nie załapał się na żadną przebieraną imprezę. Do tej niechlubnej listy dołączyć jeszcze muszę pewną beżową kamizelkę. Z przodu to zwisało, z tyłu uciskało. No gdzież ja miałam oczy wydając na to pieniądze (teraz tak sobie myślę, że to chyba klientom powinni dopłacać za chęć zakupu takich modowych eksperymentów). Mniej więcej w tym samym okresie mojego rozwoju umysłowego, do mojej szafy trafiły brązowe botki, piękne śliczne zamszowe. Przecież tylko jeden rozmiar za duże. Te akurat miałam na nogach aż dwa razy. Pamiętam też przepiękne, czarne sandałki dodające moim krótkim nóżkom całe 10cm szczęścia. W rzeczywistości zapewniły mi niezbyt przyjemny spacer (to mogłam być ja), a sobie miejsce w zapomnianym kącie mieszkania. To właściwie tylko preludium do mojej historii nietrafionych zakupów. Już więcej grzechów nie pamiętam. I naprawdę żałuję i wstyd mi przeogromnie. A jedyne rozwiązanie, jakie zawsze mi przychodzi w takich momentach do głowy to: trzymaj się klasyki. To naprawdę nie zawodzi. Chociaż pośmiać się z siebie też czasem miło. 😌

I będąc już w temacie klasyki, to wszystko co mam na sobie w dzisiejszym poście to już moje stare ubrania, które pokazywałam na blogu już nie raz nie dwa. Może i nudne, ale jakie wygodne podgrzewane kotlety. I nawet nie wstydzę się wyjść w taki stroju z domu! W spodniach z wysokich stanem zakochałam się jakieś 8 miesięcy temu, kiedy to pierwszy raz odważyłam się na taki model. Te z dzisiejszego wpisu mogliście zobaczyć np. tutaj, albo tutaj, ale tej wiosny dopiero zaczęłam je podwijać i stwierdzam, że tak prezentują się dużo lepiej. Co prawda nie widać już postrzępionych dolnych krawędzi, jednak z butami na płaskim obcasie bez podgięcia nogawek skróciłabym sobie, może bezkrwawo, ale jednak drastycznie, nogi. Skórzany pasek powtarza się chyba w co drugiej (jak nie w każdej) stylizacji. Pewnie dlatego, że to mój jedyny porządny pasek. Chyba tylko okulary i koszulę widzicie po raz pierwszy. Okulary to u mnie zupełna nowość i kupione zostały w H&M na dziale męskim. Za to koszula to kolejny staruszek. Jak znalazłam ją w outlecie (po naprawdę korzystnej cenie ✌) to prawie jakbym Pana Boga za nogę złapała! 😂😂To mój nie outletowy łup - jedwabna piżamowa koszula to moim zdaniem prawdziwy klasyk, nie tylko do oficjalnych strojów. Ja noszę ją głównie do dżinsów, chociaż nie tak często, bo wyprasowanie jedwabiu (albo w ogóle koszuli) to dla mnie trudniejsza sprawa niż 40-minutowe kardio. Nagimnastykowałam się jednak przy prasowaniu jej do dzisiejszego wpisu i teraz będzie gotowa czekać w szafie aż do następnego prania. No wszystkie te ubrania z dzisiejszego wpisu uwielbiam, i dobrze mi z tymi moimi odgrzewanymi kotletami. A o gołębniku na ubraniach i za dużych botkach wolę zapomnieć. 😁

A czy Wy macie takie ubrania, które uwielbiacie i najchętniej nosilibyście non-stop? Dajcie znać jakie są wasze ubraniowe za często odgrzewane kotlety! 😉😁

INSTAGRAM | FACEBOOK | PINTEREST

OOTD: Spring is in the air (sukienka z kołnierzykiem i sweter w warkoczowy splot)

3/27/2018

Nic tak nie wprawia w dobry nastrój jak słońce! A jak jeszcze mamy do czynienia z pierwszymi w roku wyższymi temperaturami, to spędzenie weekendu w domu to prawdziwe przestępstwo. Dlatego w tę niedzielę wskoczyłam w szczęśliwie odnalezioną podczas ostatniej wizyty w domu kwiecistą sukienkę z kołnierzykiem, granatowy sweter w warkoczowy splot i wyszłyśmy dziewczynami łapać słońce. I chyba wyszła mi całkiem fajna, wygodna i dziewczęca stylizacja. Uroczy jest ten kołnierzyk, co nie? 😁

sukienka z kołnierzykiem i  sweter w warkoczowy splot blogerka blog Białystok

Sukienka z kolnierzykiem: Stradivarius (podobna w Sinsay) | Sweter w warkoczowy splot: sh (podobny tutaj) | torebka z : Bershka | botki: Massimo Dutti %

sukienka z kołnierzykiem i  sweter w warkoczowy splot

Sukienka z kołnierzykiem i sweter w warkoczowy splot

Połączenie sukienki i swetra już po raz kolejny świetnie mi się sprawdziło. Nie mam za dużo spódnic w swojej szafie, a rajstopy to naprawdę wygodniejsza alternatywa dla obcisłych dżinsów. Sukienka z kołnierzykiem dzisiejszego posta ma krój litery A, więc sweter oprócz tego, że oczywiście grzeje, to jeszcze sprawił, że moja talia stała się widoczna.








Mi się te połączenie bardzo podoba, na tę przejściową jest porę naprawdę idealne (spokojnie, miałam jeszcze na sobie jeszcze płaszcz). Może trochę przyczepiłabym się do butów, ale te są dużo wygodniejsze od moich czarnych botków i innego wyboru dokonać nie mogłam. 😁 Wolałam, żeby szwendanie się po mieście w celu łapania witaminy D nie skończyło się odciskami. A jak Wam się podoba stylizacja? I zdjęcia? Korzystacie z tej pięknej pogody? Ajjjjj, jak ja uwielbiam wiosnę! 😁🌼




INSTAGRAM | FACEBOOK | PINTEREST

Co kupiłam na przecnach FW 2017/18

3/11/2018

Kiedy już prawie wszystkie przeceny się zakończyły, przychodzę do Was z wpisem, co kupiłam na wyprzedażach. Brawo ja! Jednak no po prostu nie umiem robić w mieszkaniu ładnych zdjęć i przeciągał ten wpis tak długo, że już nikt za bardzo z niego nie skorzysta. Te dzisiejsze też nie są idealne, ale ponoć „done is better than perfect”. Sama jednak lubię oglądać takie wpisy i nawet jeśli ubrania nie są już dostępne, to wydaję mi się, że zawsze jest to ciekawa inspiracja.

W tym sezonie, moje przecenowe zakupu nie był zbyt duże. Raz, że obejrzałam się trochę zbyt późno i gdy przeceny trwały już trwały w najlepsze, a dwa, to zamawianie przez internet oznacza, że produkt z obazka na żywo (no i na mnie) nie wygląda już tak dobrze. Tak więc po wielu podejściach do przecen i wielu wycieczkach do galerii, by zwrócić to, co zamówiłam, ostatecznie zostałam z dwiema bluzkami i jednym swetrem. Na szczęście nauczyłam się, że rozsądek w kwestii zakupów to bardzo ważny czynnik i zostawiłam tylko te rzeczy, z których jestem naprawdę zadowolona. Z jednej strony są to ubrania klasyczne (no, może oprócz tej bluzki z falbankami), jednak każda jest ciekawą i, co najważniejsze, bardzo "wearable" opcją. Zobaczcie więc, co nowego trafiło do mojej szafy w trakcie tegorocznych przecen. 😊 Jak widać, niewiele ma to wspólnego z moją zakupową wishlistą. 😊

Czapka Pompoms, Plait Dark Grey

To akurat jedyna rzecz z dzisiejszej listy, która jest nadal w ofercie. Mój model przeceniony był tylko jakieś 10zł, więc wiele nie zaoszczędziłam, ale powiem Wam, że to najcieplejsza czapa, jaką w życiu miałam. W składzie ma wełnę (70% akryl i 30% wełna), ale głównym ocieplaczem jes tutaj poliestrowa podszewka, która nie przepuszcza nawet arktycznych wichrów. 😁 Co do innych modeli, to moja mam i sister zamówiły sobie razem ze mną Barrel Grey i Flow Beige, ale obie swoje zwróciły. Pierwszy źle wyglądała na głowie, a drugi miał bardzo luźny obwód. Ja natomiast ze swojej jestem bardzo zadowolona, moje zatoki również, więc to na pewno kolejny udany zakup. Oczywiście miałam ją już na sobie w tym wpisie, no i od kiedy się do niej przekonałam (na początku zastanawiałam się, czy pompon nie jest za duży), to noszę ją codziennie. 😊 Aha, no i Pompoms to polska marka, więc jak dla mnie to to duży plus. 😉


Beżowy sweter z dekoltem, Pull and Bear

Ten beżowy sweter z dekoltem w serek z miejsca stał się moim ulubieńcem. Znalazłam go na Pull and Bear w nocy, kiedy to przygotowywałam się pilnie do egzaminu haha. Ale wracając do swetra, beżowy kolor to jeden z moich ulubieńców, poza tym dekolt w serek i lekki oversize to dla mnie aktualnie przepis na idealny sweter. Szczerze powiedziawszy, to przy swojej drobnej budowie zawsze obawiam się kroju oversize, bo często w takich ubraniach wyglądam jak przebrana. Jednak z rurkami, czy niezbyt luźną spódnicą wygląda świetnie. Ja uwielbiam go w połączeniu z moją trapezową spódnicą z Sinsay. Myślę, że z taką na kole (na mnie) nie wyglądałby już tak dobrze, ale z inną dopasowaną spódniczką równie świetnie by się sprawdził. Do tego jeszcze wetknięty w spodnie/spódnice i z koronkowym topem pod spodem tworzy idealne wygodne codzinne połaczenie, które nie jest wcale nudne. U mnie w safie nudy jest sporo, więc taka niby bejsikowa, ale jednak ciekawa opcja to coś, co jest zawsze mile widziane.

Bluzka w kropki z kokardą, Zara

Ta bluzka to moje kolejne modowe spełnienie marzeń. Nie dość, że w kropki, które u-wiel-biam, to jeszcze z przecudną kokardą do wywiązania. No po prostu parisienne chic w skondensowanej formie. 😁 W dodatku, rękawy są tutaj ciekawie ściągane i fajnie się układają. Bluzka jest bardzo dziewczęca, więc nawet ze zwykłym dżinsowym dołem, stylizacja nabierze fajnego klimatu. Myślę, że to świetna opcja na takie easy peasy codzienne - proste, ale nie nudne - stylizacje w klika sekund. W dodatku mocno się nie gniecie, więc czego chcieć więcej. A z lokami i czerwonymi ustami to będzie po prostu rewelacja! 😁 Bluzka wykonana jest z wiskozy, więc to dodatkowy plus. Bluzkę wypatrzyłam na kanale yt Makeup by Kaja. 😊



Bluzka z falbankami i kwiatami, Zara

Kolejny top z kategorii dziewczęcych i uroczych. 😁 Wydaję mi się, że to fajna odmiana dla białych, czarnych, ewentualnie szarych topów w mojej szafie haha. Jeszcze rok temu nie posądziłabym siebie o kupowanie bluzki z falbankami (i to jeszcze w połaszeniu z kwiatowym wzorem sic!). Ale jak widać gusta się zmieniają. Obawiałam się trochę tej bluzki, bo, pomijając już dziewczęce falbanki i kfffiatki, to na zdjęciu wydawała się trochę krótka. Ale ale! Nie zapominajmy, że jestem raczej krasnalem, więc o gołym pępku w przypadku tej bluzki nie ma mowy. A przez to, że nie jest taka długa, to świetnie sprawdzi się z dżinsami z wysokim stanem. Połączenie z dżinsami nie jest ani trochę odkrywcze, ale na pewno bardzo wygodne i proste. Wciąż jednak zastanawiam się z czym wyglądałaby ona szczególnie dobrze. Coś w stylu boho, czy może bardziej dziewczce klimaty? Zeszczę muszę tę (poważną!) kwestię przemyśleć, a w międzyczasie, no kurczę, jak ja już nie mogę się doczekać wiosny!

Żałuję tylko, że nie udało mi się kupić jakiego fajnego płaszcza w korzystnej cenie, no ale trudno. Z zakupów i tak jestem zadowolona. A jak Wasze przecenowe zakupy w tym sezonie? Kupiłyście coś, z czego jesteście szczególnie szczęśliwe? Dajcie znać w komentarzach. Do następnego wpisu! 😘

INSTAGRAM | FACEBOOK | PINTEREST